pl
Franz Kafka

Proces

Notify me when the book’s added
To read this book, upload an EPUB or FB2 file to Bookmate. How do I upload a book?
Kingahas quoted2 months ago
Logika wprawdzie jest niewzruszona, ale człowiekowi, który chce żyć, nie może się ona oprzeć.
Kingahas quoted2 months ago
K. wiedział teraz dobrze, że byłoby jego obowiązkiem chwycić nóż przechodzący tak nad nim z rąk do rąk i przebić się. Ale nie zrobił tego, tylko obracał wolną jeszcze szyję i rozglądał się dookoła. Nie potrafił wytrzymać próby do samego końca i wyręczyć całkowicie władzy, odpowiedzialność za ten ostatni błąd ponosił ten, który mu odmówił tej reszty potrzebnej siły. Jego wzrok padł na najwyższe piętro graniczącego z kamieniołomem domu. Jak błyska światło, tak rozwarły się tam skrzydła jakiegoś okna: jakiś człowiek, słaby i nikły w tym oddaleniu i na tej wysokości, wychylił się jednym rzutem daleko przez okno i wyciągnął jeszcze dalej ramiona. Kto to był? Przyjaciel? Dobry człowiek? Ktoś, kto współczuł? Ktoś, kto chciał pomóc? Byłże to ktoś jeden? Czy byli to wszyscy? Byłaż jeszcze możliwa pomoc? Istniały jeszcze wybiegi, o których się zapomniało? Na pewno istniały. Logika wprawdzie jest niewzruszona, ale człowiekowi, który chce żyć, nie może się ona oprzeć. Gdzie był sędzia, którego nigdy nie widział? Gdzie był wysoki sąd, do którego nigdy nie doszedł? Podniósł ręce i rozwarł wszystkie palce.

Ale na gardle jego spoczęły ręce jednego z panów, gdy drugi tymczasem wepchnął mu nóż w serce i dwa razy w nim obrócił.

Gasnącymi oczyma widział jeszcze K., jak panowie, blisko przed jego twarzą, policzek przy policzku, śledzili ostateczne rozstrzygnięcie. „Jak pies!” – powiedział do siebie: było tak, jak gdyby wstyd miał go przeżyć.
Kingahas quoted2 months ago
Jedyne, co teraz mogę zrobić – powiedział sobie, a zgodność jego kroku z krokami tamtych dwóch potwierdzała mu jego myśl – jedyne, co teraz mogę zrobić, to zachować do końca spokój, rozwagę, rozsądek. Zawsze pragnąłem dwudziestoma rękami naraz chwytać świat, i to nawet dla niesłusznego celu. To było mylne; czy mam teraz pokazać, że nawet jednoroczny proces nie zdołał mnie niczego nauczyć? Czy mam odejść jak człowiek niepojętny? Czy mam pozwolić, by mówiono o mnie, że na początku procesu chciałem go ukończyć, a teraz, na jego końcu znowu go zacząć? Nie chcę, by tak mówiono. Jestem wdzięczny za to, że dano mi na tę drogę tych półniemych, nierozumiejących panów i że mnie samemu pozostawiono, abym powiedział sobie o tym, co nieuchronne
Kingahas quoted2 months ago
Już na schodach starali się panowie wziąć K. pod ramię, ale K. powiedział:

– Dopiero na ulicy, nie jestem chory.

Zaraz jednak przed bramą uchwycili go w taki sposób, w jaki jeszcze K. nigdy z żadnym człowiekiem nie chodził. Trzymali ramiona blisko siebie za jego plecami, nie zgięli ramion, tylko objęli nimi ramiona K. w całej ich długości i na dole chwycili jego ręce wyszkolonym wprawnym chwytem, któremu niepodobna się było oprzeć. K. szedł więc wyprężony i sztywny między nimi. Tworzyli teraz wszyscy trzej tak zwartą jedność, że gdyby chciano uderzyć jednego z nich, uderzono by wszystkich. Była to jedność, jaką tworzyć może tylko coś martwego.
Kingahas quoted2 months ago
Czas jakiś szli w milczeniu. K. trzymał się bardzo blisko księdza, nie widząc w ciemności, gdzie się znajduje. Lampa w jego ręku dawno zgasła. Raz zabłysnął wprost przed nim srebrny posąg jakiegoś świętego i zaraz zgasł w ciemności. Aby nie być zupełnie zdanym na księdza, K. spytał go:

– Czy jesteśmy teraz w pobliżu głównego wejścia?

– Nie – odpowiedział ksiądz – jesteśmy bardzo od niego oddaleni. Co chcesz już odejść?

Mimo ze K. nie myślał o tym właśnie w tej chwili, odpowiedział natychmiast:

– Oczywiście, muszę odejść, jestem prokurentem banku, czekają na mnie, przyszedłem tu tylko, by pokazać zagranicznemu klientowi katedrę.

– Wobec tego – powiedział ksiądz i podał K. rękę – idź.

– Nie mogę się jednak w ciemności sam zorientować – rzekł K.

– Idź na lewo do ściany – powiedział duchowny – potem dalej wzdłuż ściany, nie opuszczając jej, a znajdziesz wyjście.

Ksiądz oddalił się zaledwie parę kroków, a już K. zawołał nań bardzo głośno:

– Zaczekaj jeszcze, proszę cię!

– Czekam – powiedział ksiądz.

– Czy nie chcesz jeszcze czego ode mnie? – spytał K.

– Nie – rzekł ksiądz.

– Przedtem byłeś dla mnie taki dobry – powiedział K. – i wszystko mi wyjaśniłeś, a teraz pozwalasz mi odejść, jakby ci nic na mnie nie zależało.

– Musisz przecież odejść – powiedział ksiądz.

– No tak – rzekł K. – chciej to zrozumieć.

– Zrozum ty wpierw, kim ja jestem – powiedział ksiądz.

– Ty jesteś kapelanem więziennym – rzekł K. i podszedł bliżej do księdza; jego natychmiastowy powrót do banku nie był tak konieczny, jak to przedstawił, mógł całkiem dobrze jeszcze tu zostać.

– Należę tedy do sądu – powiedział ksiądz. – Dlaczego więc miałbym czegoś chcieć od ciebie. Sąd niczego od ciebie nie chce. Przyjmuje cię, gdy przychodzisz, wypuszcza, gdy odchodzisz
Kingahas quoted2 months ago
– To jest dobre uzasadnienie – powiedział K., który poszczególne miejsca w wyjaśnieniach księdza powtarzał sobie półgłosem – to jest dobre uzasadnienie i ja także sądzę, że odźwierny zostaje oszukany. Nie odstąpiłem tym samym od mego poprzedniego zapatrywania, gdyż oba po części się pokrywają. Nie jest rzeczą istotną, czy odźwierny widzi wszystko jasno, czy też tkwi w złudzeniu. Powiedziałem, że człowiek został oszukany. Gdyby odźwierny widział jasno, można by o tym wątpić, jeśli jednak odźwierny tkwi w złudzeniu, w takim razie jego złudzenie musi się z konieczności przenieść na tego człowieka. Odźwierny nie jest wtedy wprawdzie oszustem, ale jest tak ograniczony, że powinno by się natychmiast wypędzić go ze służby. Musisz przecież wziąć pod uwagę, że złudzenie, w jakim tkwi odźwierny, jemu samemu nic nie szkodzi, człowiekowi natomiast stokrotnie.

– Tu natkniesz nie na pogląd przeciwny – powiedział ksiądz – niektórzy bowiem twierdzą, że opowieść nikogo nie uprawnia do sądzenia odźwiernego. Jakimkolwiek nam się ukazuje, to jednak jest on sługą prawa, a więc do prawa przynależny, a więc wyniesiony ponad ludzki sąd. Nie można też wobec tego sądzić, że odźwierny jest podporządkowany temu człowiekowi. Być związanym przez swoją służbę choćby tylko z wejściem do prawa bez porównania więcej znaczy niż żyć na wolności w świecie. Człowiek dopiero przychodzi do prawa, odźwierny już tam jest. Jest przez prawo przyjęty do służby, wątpić o jego godności znaczyłoby wątpić o prawie.

– Z tym zapatrywaniem nie godzę się – rzekł K. kręcąc głową – gdyż jeśli na nie przystać, trzeba wszystko, co odźwierny mówi, uważać za prawdę. A że to jest niemożliwe, sam przecież dokładnie uzasadniłeś.

– Nie – powiedział duchowny – nie trzeba wszystkiego uważać za prawdę, trzeba to tylko uważać za konieczne.

– Smutne zapatrywanie – rzekł K. – Z kłamstwa robi się istotę porządku świata.
Kingahas quoted2 months ago
I wciąż się podkreśla, że o wszystkim tym zdaje się odźwierny nic nie wiedzieć. Nie ma w tym jednak nic rażącego, gdyż podług tej wersji odźwierny tkwi w jeszcze o wiele głębszym złudzeniu. Tyczy się ono jego służby. Pod koniec mówi mianowicie o wejściu i powiada:

„Odchodzę teraz i zamykam je”, ale na początku była mowa, że brama do prawa stoi otworem jak zawsze, a jeśli jest zawsze otwarta, zawsze, to znaczy niezależnie od trwania życia człowieka, dla którego jest przeznaczona, to i odźwierny nie może jej wobec tego zamknąć. Rozbieżne są poglądy co do tego, czy odźwierny oznajmieniem, że zamknie bramę, chce dać tylko jakąkolwiek odpowiedź, czy podkreślić swoją służbistość, czy też jeszcze w ostatniej chwili pogrążyć tego człowieka w smutku i żalu. Wielu jednak zgadza się z tym, że bramy nie będzie mógł zamknąć. Sądzą oni nawet, że przynajmniej pod koniec odźwierny stoi nawet w swej wiedzy niżej od tego człowieka, ponieważ ten widzi blask, jaki bije z wejścia do prawa, podczas gdy odźwierny odwrócony jest zapewne plecami do wejścia i żadną wypowiedzią nie daje znać, jakoby zauważył jakąś zmianę.
Kingahas quoted2 months ago
Ale tkwi także w złudzeniu, jeśli idzie o człowieka ze wsi, gdyż jest temu człowiekowi podporządkowany, a nie wie tego. Że traktuje tego człowieka jako podporządkowanego sobie, poznać można z wielu momentów, które zapewne pamiętasz. Ale że faktycznie jemu jest podległy, wynika z tej interpretacji równie jasno. Przede wszystkim człowiek wolny jest zawsze ponad człowiekiem zależnym. Otóż ów człowiek jest rzeczywiście wolny, może iść, gdzie chce, tylko wstęp do prawa jest mu wzbroniony. I to zresztą tylko przez jednostkę, przez odźwiernego. Jeśli siada na stołeczku przed bramą i siedzi tam przez całe życie, to dzieje się to dobrowolnie, opowieść nie mówi o żadnym przymusie. Odźwierny natomiast jest przez swój urząd przywiązany do miejsca, nie może oddalić się poza bramę, ale prawdopodobnie nie może także wejść do wnętrza, nawet gdyby chciał. Poza tym jest on wprawdzie w służbie prawa, ale służy tylko przy tym wejściu, a więc także tylko przy tym człowieku, dla którego wyłącznie to wejście jest przeznaczone. Również i z tego względu jest mu podporządkowany. Należy przyjąć, że przez wiele lat, przez cały wiek męski pełnił on poniekąd daremną służbę, bo jest powiedziane, że przychodzi mężczyzna, a więc ktoś w wieku męskim, że więc odźwierny musiał długo czekać, zanim wypełniło się jego zadanie, mianowicie tak długo, jak długo podobało się człowiekowi, który przecież przyszedł dobrowolnie. Ale i koniec jego służby wyznaczony jest końcem życia człowieka, aż do końca więc pozostaje mu podporządkowany.
Kingahas quoted2 months ago
– Ty znasz tę opowieść dokładniej i poznałeś ją dawniej niż ja – powiedział K.

Milczeli chwilę. Potem rzekł K.:

– Sądzisz więc, że nie oszukano tego człowieka?

– Nie zrozum mnie źle – powiedział duchowny. – Ukazałem ci tylko różne mniemania, jakie o tym istnieją. Nie powinieneś za wiele zważać na mniemania. Pismo jest niezmienne, a mniemania są często tylko wyrazem rozpaczy z tego powodu. W tym wypadku istnieje nawet pogląd, według którego odźwierny jest tym oszukanym.

– To jest daleko idący pogląd – powiedział K. – Jak go uzasadniają?

– Uzasadnienie – powiedział duchowny – bierze za punkt wyjścia ograniczoność odźwiernego. Tłumaczy się, że on nie zna wnętrza prawa, tylko tę drogę, którą musi przed wejściem wciąż odmierzać. Wyobrażenia, jakie ma o wnętrzu, uważa się za dziecinne i przyjmuje się, że tego, czym chce nastraszyć owego człowieka, sam się boi. Tak, on się nawet boi bardziej od człowieka, gdyż człowiek nie chce niczego innego, jak tylko wejść, nawet jeśli słyszał o strasznych odźwiernych wnętrza, odźwierny natomiast nie chce wejść, przynajmniej nic o tym nie słyszymy. Inni mówią wprawdzie, że musiał już na pewno być we wnętrzu, gdyż przyjęto go przecież kiedyś do służby prawa, a to mogło się odbyć tylko we wnętrzu. Na to jest odpowiedź, że mógł zostać mianowany odźwiernym tylko przez głos z wnętrza i że w każdym razie daleko w głąb nie zaszedł, skoro nie mógł już znieść widoku trzeciego odźwiernego. A poza tym nie ma także wzmianki, żeby wciągu tych wielu lat, poza uwagą o odźwiernych, opowiadał, coś o wnętrzu. Mogło mu to być zabronione, ale i o zakazie nic nie wspominał. Z tego wszystkiego wnioskują, że nic o wyglądzie i istocie wnętrza nie wie i tkwi co do tego w złudzeniu.
Kingahas quoted2 months ago
Czy może być bardziej obowiązkowy odźwierny? Ale do postaci odźwiernego dochodzą jeszcze inne istotne rysy, korzystne dla tego, kto żąda wstępu, i które bądź co bądź pozwalają zrozumieć, że mógł w swej aluzji do przyszłej możliwości wyjść nieco poza swój obowiązek. Nie da się mianowicie zaprzeczyć, że jest on trochę ograniczony i w związku z tym trochę zarozumiały. Jeśli jego uwagi o własnej potędze i o potędze innych odźwiernych i o tym ich widoku, którego nawet on nie może znieść – powiadam, jeśli te wszystkie uwagi są nawet same w sobie słuszne, to jednak sposób, w jaki je wypowiada, wskazują, że jego zdolność pojmowania jest przyćmiona przez naiwność i pychę. Komentatorzy powiadają na to: prawdziwe sformułowanie jakiejś rzeczy i niezrozumienie tej samej rzeczy w zupełności się nie wykluczają. – W każdym razie trzeba przyjąć, że owo ograniczenie i wywyższanie się, choć tak nieznacznie się uzewnętrzniają, osłabiają jednak czujność straży, są lukami w charakterze odźwiernego. Do tego dołącza się jeszcze i to, że odźwierny zdaje się mieć z natury usposobienie uprzejme, nie zawsze jest osobą urzędową. Zaraz od pierwszych chwil żartuje, zapraszając tego człowieka, mimo że równocześnie wyraźnie przestrzega zakazu, do wejścia, a potem nie odpędza go, tylko daje mu, jak mówi tekst, stołeczek i sadowi go przed drzwiami. Cierpliwość, z jaką przez wszystkie te lata znosi prośby człowieka, małe przesłuchania, przyjmowanie podarunków, wielkoduszność, z jaką dopuszcza, by człowiek ten obok niego głośno przeklinał nieszczęsny los, który ustanowił tu tego odźwiernego – wszystko to pozwala wnosić o odruchach miłosierdzia. Nie każdy odźwierny tak by postąpił. I w końcu schyla się jeszcze, na jedno jego skinienie, nisko nad tym człowiekiem, by dać mu sposobność do ostatniego pytania. Tylko cień zniecierpliwienia – odźwierny wie przecież, że wszystko już skończone – przebija się w tych słowach: „jesteś nienasycony”. Niektórzy idą nawet w tego rodzaju interpretacji jeszcze dalej i uważają, że słowa „jesteś nienasycony” wyrażają rodzaj przyjacielskiego podziwu, który jednocześnie nie jest pozbawiony pewnej protekcjonalności. W każdym razie, tak ujęta, przedstawia się osoba odźwiernego inaczej niż sądzisz.
Kingahas quoted2 months ago
Odźwierny oszukał zatem tego człowieka – powiedział natychmiast K., silnie przejęty opowiadaniem.

– Nie sądź zbyt pochopnie – rzekł ksiądz – nie przejmuj cudzego zapatrywania bezkrytycznie.

Opowiedziałem ci tę opowieść tak, jak brzmi ona dosłownie w Piśmie. O oszustwie nie ma mowy.

– Ale to jest jasne – powiedział K. – i twoje pierwsze tłumaczenie było całkiem słuszne. Odźwierny przekazał zbawczą wiadomość dopiero wtedy, gdy nie mogła już człowiekowi pomóc.

– Nie pytano go wcześniej – powiedział ksiądz – zważ także, że był tylko odźwiernym i jako taki spełnił swój obowiązek.

– Dlaczego sądzisz, że spełnił swój obowiązek? – spytał K. – Nie spełnił go. Jego obowiązkiem było może odprawić wszystkich obcych, ale tego człowieka, dla którego wejście było przeznaczone, powinien był wpuścić.

– Nie masz szacunku dla Pisma i zmieniasz opowieść – rzekł ksiądz. – Opowieść zawiera dwa ważne wyjaśnienia odźwiernego dotyczące wstępu do prawa, jedno mieści się na początku, jedno na końcu. Jeden werset mówi, że mu teraz nie może dozwolić wstępu, drugi zaś: „to wejście było przeznaczone tylko dla ciebie”. Gdyby między tymi dwoma wyjaśnieniami zachodziła sprzeczność, miałbyś rację i odźwierny oszukałby był człowieka. Ale sprzeczności nie ma. Przeciwnie, pierwsze określenie wskazuje nawet na drugie. Można by wprost powiedzieć: odźwierny poszedł dalej, niż mu pozwala obowiązek, ukazując człowiekowi możliwość późniejszego wpuszczenia. W owym czasie, jak się zdaje, jego obowiązkiem było tylko odprawić tego człowieka, i rzeczywiście wielu komentatorów Pisma dziwi się, że odźwierny w ogóle uczynił tę aluzję, gdyż zdaje się on lubić dokładność i surowo przestrzega obowiązków swego urzędu. Przez wiele lat nie opuszcza swojej placówki i zamyka bramę dopiero na samym końcu, jest bardzo świadom wagi swej służby, gdyż mówi: „Jestem potężny”; jest pełen bojaźni wobec przełożonych, gdyż mówi: „Jestem tylko najniższym odźwiernym”. Nie jest gadatliwy, gdyż w ciągu tych wielu lat stawia tylko, jak czytamy w Piśmie, „obojętne pytania”; nie jest przekupny, gdyż mówi o podarku: „biorę tylko dlatego, byś nie sądził, żeś czego zaniedbał”; nie można go, gdy chodzi o spełnienie obowiązku, ani wzruszyć, ani przebłagać, gdyż czytamy o człowieku: „zamęcza odźwiernego pytaniami”; wreszcie zewnętrzny wygląd odźwiernego wskazuje na pedantyczny charakter: „wielki, spiczasty nos i długa, cienka, czarna tatarska broda”.
Kingahas quoted2 months ago
Odtąd nie żyje już długo. Przed śmiercią zbierają się w jego głowie wszystkie doświadczenia całego tego czasu w jedno jedyne pytanie, którego dotychczas odźwiernemu nie postawił. Kiwa na niego, ponieważ nie może już podnieść drętwiejącego ciała. Odźwierny musi się nisko nad nim pochylić, gdyż różnica wielkości zmieniła się bardzo na niekorzyść człowieka. – Cóż chcesz teraz wiedzieć? – pyta odźwierny. – Jesteś nienasycony. – Wszyscy dążą do prawa – powiada człowiek – skąd więc to pochodzi, że w ciągu tych wielu lat nikt oprócz mnie nie żądał wpuszczenia? – Odźwierny poznaje, że człowiek jest już u swego kresu, i aby dosięgnąć jeszcze jego gasnącego słuchu, krzyczy do niego: – Tu nie mógł nikt inny otrzymać wstępu, gdyż to wejście było przeznaczone tylko dla ciebie. Odchodzę teraz i zamykam je.
Kingahas quoted2 months ago
Łudzisz się co do sądu – powiedział ksiądz. – We wprowadzeniach do prawa jest mowa o takiej pomyłce: Przed prawem stoi odźwierny. Do tego odźwiernego przychodzi jakiś człowiek ze wsi i prosi o wstęp do prawa. Ale odźwierny powiada, że nie może mu teraz udzielić wstępu. Człowiek zastanawia się i pyta, czy nie będzie mógł wejść później. – Możliwe – powiada odźwierny – ale teraz nie. – Ponieważ brama prawa stoi otworem, jak zawsze, a odźwierny ustąpił w bok, schyla się człowiek, aby przez bramę zajrzeć do wnętrza. Gdy odźwierny to widzi, śmieje się i mówi: – jeśli cię to kusi, spróbuj mimo mego zakazu wejść do środka. Lecz wiedz: jestem potężny. A jestem tylko najniższym odźwiernym. Przed każdą salą stoją odźwierni, jeden potężniejszy od drugiego. Już widoku trzeciego nawet ja znieść nie mogę. – Takich trudności nie spodziewał się człowiek ze wsi. Prawo powinno przecież każdemu i zawsze być dostępne, myśli, ale gdy teraz przypatruje się dokładnie odźwiernemu w jego futrzanym płaszczu, jego wielkiemu, spiczastemu nosowi, jego długiej, cienkiej tatarskiej brodzie, decyduje się jednak, aby raczej czekać, aż dostanie pozwolenie na wejście. Odźwierny daje mu stołeczek i pozwala siedzieć przed drzwiami. Tam siedzi dnie i lata. Robi wiele starań, by go wpuszczono, i zamęcza odźwiernego prośbami. Odźwierny urządza z nim nieraz małe przesłuchania, wypytuje go o jego kraj rodzinny i o wiele innych rzeczy, ale są to obojętne pytania, jakie stawiają wielcy panowie, a w końcu wciąż mu powtarza, że jeszcze nie może go wpuścić. Człowiek, który dobrze zaopatrzył się na podróż, zużywa wszystko, nawet najcenniejsze przedmioty, na przekupienie odźwiernego. Ten wprawdzie wszystko przyjmuje, ale mówi przy tym: – Biorę to tylko dlatego, byś nie sądził, żeś czego zaniedbał. – W ciągu tych wielu lat obserwuje człowiek odźwiernego prawie nieustannie. Zapomina o innych odźwiernych i ten pierwszy wydaje mu się jedyną przeszkodą przy wejściu do prawa. W pierwszych latach przeklina swą nieszczęsną dolę głośno, później, gdy się starzeje, mruczy już tylko pod nosem. Dziecinnieje, a że w tym długoletnim obcowaniu z odźwiernym poznał także pchły w jego futrzanym kołnierzu, prosi je również, by mu pomogły i nakłoniły odźwiernego do ustępliwości. W końcu światło jego oczu słabnie i nie wie już, czy wokoło niego staje się naprawdę ciemniej, czy tylko oczy go mylą. A jednak poznaje teraz w ciemności jakiś blask, niegasnący, który bije z drzwi prowadzących do prawa.
Kingahas quoted2 months ago
– Jesteś oskarżony – powiedział ksiądz niezwykle cicho.

– Tak – rzekł K. – powiadomiono mnie o tym.

– Więc jesteś tym, którego szukam – rzekł ksiądz. – Jestem kapelanem więziennym.

– Ach, tak – powiedział K.

– Musiałem cię tu przywołać – mówił ksiądz – aby z tobą pomówić.

– Nie wiedziałem tego – rzekł K. – przyszedłem tu, aby jakiemuś Włochowi pokazać katedrę.

– Zostaw wszystko, co uboczne – powiedział ksiądz. – Co trzymasz w ręku? Czy to modlitewnik?

– Nie – odpowiedział K. – to album osobliwości tego miasta.

– Odłóż go – rzekł ksiądz.

K. odrzucił go tak gwałtownie, że otworzył się i ze zmiętymi kartkami potoczył się po ziemi.

– Czy wiesz, że twój proces stoi źle? – spytał ksiądz.

– Tak i mnie się zdaje – powiedział K. – Zadałem sobie wiele trudu, ale dotychczas bez powodzenia.

Zresztą nie mam jeszcze gotowego padania.

– Jak sobie wyobrażasz koniec? – spytał duchowny.

– Przedtem myślałem, że wszystko musi się dobrze skończyć – rzekł K. – Teraz sam w to nieraz wątpię.

Nie wiem, jak to się skończy. Czy ty wiesz?

– Nie – powiedział duchowny – lecz obawiam się, że skończy się źle. Uważają cię za winnego. Twój proces może nawet nie wyjdzie poza niższy sąd. Jak dotychczas, uważa się twoją winę za udowodnioną.

– Ale ja nie jestem winny – rzekł K. – to pomyłka. Jak może być człowiek w ogóle winny? Przecież wszyscy jesteśmy tu ludźmi, jeden jak drugi.

– Słusznie – powiedział duchowny – ale tak zwykli mówić winni.

– Czy ty także masz uprzedzenie do mnie?

– Ja nie ma żadnego uprzedzenia do ciebie – rzekł ksiądz.

– Dziękuję ci – powiedział K. – Ale wszyscy inni, którzy biorą udział w postępowaniu sądowym, mają do mnie uprzedzenie. Wpajają je także w niezainteresowanych. Moja sytuacja staje się coraz cięższa.

– Źle rozumiesz fakty – powiedział ksiądz. – Wyrok nie zapada nagle, samo postępowanie przechodzi stopniowo w wyrok.

– Więc to tak – powiedział K. i schylił głowę. – Chcę jeszcze szukać pomocy – powiedział i podniósł głowę, by zobaczyć, co o tym sądzi ksiądz. – Są jeszcze pewne możliwości, których nie wyzyskałem.

– Szukasz za wiele obcej pomocy – powiedział ksiądz z przyganą – a zwłaszcza u kobiet. Czy nie widzisz, że to nie jest prawdziwa pomoc?

– Nieraz i nawet często mógłbym ci przyznać rację – powiedział K. – ale nie zawsze. Kobiety mają wielką moc. Gdybym mógł kilka kobiet, które znam, do tego skłonić, by dla mnie wspólnie coś zrobiły, musiałbym dopiąć swego. Zwłaszcza w tym sądzie, który składa się prawie tylko z samych kobieciarzy.
Kingahas quoted2 months ago
– Tyś jest Józef K. – powiedział ksiądz i podniósł jedną rękę z poręczy jakimś nieokreślonym gestem.

– Tak jest – powiedział K. pomyślał przy tym, jak kiedyś śmiało wymawiał swoje nazwisko, ale od jakiegoś czasu stało mu się ono ciężarem; znali teraz jego nazwisko nawet ludzie, z którymi stykał się po raz pierwszy. Jak pięknie to było przedstawić się najpierw i tak dopiero dać się poznać.
Kingahas quoted2 months ago
Powoli więc zbierał się K. do odejścia, na końcach palców przesunął się wzdłuż ławki, doszedł potem do szerokiej nawy głównej i szedł nią również bez przeszkody, tylko kamienna posadzka dźwięczała pod najcichszym nawet krokiem, a sklepienie słabo, lecz bezustannie, w wielokrotnych, regularnych interwałach rozbrzmiewało głuchym echem. K. czuł się trochę opuszczony, gdy – być może, obserwowany przez duchownego – przechodził tam pomiędzy pustymi ławkami, a ogrom katedry zdawał się dosięgać właśnie samej granicy tego, co człowiek jeszcze znieść może. Gdy doszedł do swego poprzedniego miejsca, dosłownie porwał, nie zatrzymując się ani chwili, leżący album i wziął go pod pachę.
Kingahas quoted2 months ago
Stary kupiec, mężczyzna z długą brodą, błagał młodą dziewczynę o przychylne świadectwo. Choćby nawet miał przy tym jakieś ukryte myśli, nic go nie mogło usprawiedliwić w oczach świadka. K. nie pojmował, jak mógł adwokat przypuszczać, że tym przedstawieniem go pozyska. Gdyby nie przepędził go wcześniej, uczyniłby to po tej scenie. Obrażał wprost poczucie godności widza. Tak więc metoda adwokata, na którą K., na szczęście nie był zbyt długo narażony, sprawiała, że klient w końcu zapomniał o całym świecie i tylko na tym manowcu spodziewał się dowlec do końca procesu. Nie był to już klient, lecz pies adwokata. Gdyby mu ten rozkazał wleźć pod lóżko jak do psiej budy i stamtąd szczekać, byłby to zrobił z ochotą.
Kingahas quoted2 months ago
Nie wolno panu tak do mnie mówić, nie jest to dozwolone. Dlaczego pan mnie obraża? I do tego jeszcze tu przed panem adwokatem, który nas obu, pana i mnie, tylko z litości toleruje! Pan wcale nie jest lepszym człowiekiem ode mnie, bo pan także jest oskarżony i ma także proces. A jeśli pan mimo to jest jeszcze panem, to ja jestem takim samym panem, o ile nawet nie większym. I żądam też, by tak się do mnie odzywali wszyscy, zwłaszcza pan. Ale jeśli pan się uważa za kogoś lepszego przez to, że pan tu siedzi i wolno się panu spokojnie przysłuchiwać, podczas gdy ja, jak pan się wyraża, czołgam się na czworakach, to przypominam panu starą maksymę prawną: dla podejrzanego lepszy jest ruch niż spokój, bo ten, kto spoczywa, może każdej chwili nie wiedząc o tym znajdować się na szali wagi i być ważonym wraz ze swoimi grzechami.
Kingahas quoted2 months ago
W jednym z pism znalazłem kiedyś świetnie wyrażoną różnicę, jaka zachodzi między obroną w zwyczajnych, a obroną w tych właśnie sprawach. Brzmiało to tak: jeden adwokat prowadzi swego klienta po nitce do wyroku, drugi natomiast od razu bierze klienta na plecy i niesie go, nie zsadzając, aż do wyroku i jeszcze dalej.
Kingahas quoted2 months ago
K. wahał się jeszcze.

– Pan tu zostaje? – spytał kupca; chciał jego własnej odpowiedzi, nie chciał, by Leni mówiła o kupcu jak o kimś nieobecnym, miał dzisiaj do Leni wiele tajonego gniewu.

I znowu odpowiedziała tylko Leni:

– On tu sypia często.

– Sypia tu? – zawołał K.; myślał, że kupiec tu tylko na niego zaczeka, on szybko załatwi rozmowę z adwokatem, a potem zaraz wyjdą i wszystko gruntownie, bez przeszkód omówią.

– Tak – powiedziała Leni – nie każdy jest tak jak ty, Józefie, w dowolnej porze dopuszczany do adwokata. Zdajesz się temu zupełnie nie dziwić, że adwokat mimo choroby przyjmuje cię jeszcze o jedenastej godzinie w nocy. Uważasz to, co przyjaciele dla ciebie robią, za coś, co się samo przez się rozumie. Zresztą twoi przyjaciele, przynajmniej ja, robimy to chętnie. Nie chcę i nie potrzebuję też żadnej innej podzięki, jak tylko, byś mnie kochał.

„Ciebie kochać? – pomyślał K. w pierwszej chwili, dopiero potem wpadło mu do głowy: – No tak, kocham ją”. Mimo to powiedział, pomijając wszystko inne:

– Przyjmuje mnie, ponieważ jestem jego klientem. Gdyby i do tego także była potrzebna cudza pomoc, musiałoby się na każdym kroku zawsze równocześnie żebrać i dziękować.

– Jaki on jest dzisiaj niedobry, prawda? – zwróciła się Leni do kupca.
fb2epub
Drag & drop your files (not more than 5 at once)